Poranek - zaspanie na wykład i stanięcie twarzą w twarz ze...SŁOŃCEM. Tak, słońce w końcu zaświeciło nad Wrocławiem i od razu poczułam, że mi się chce.
Przedpołudnie - tragikomiczna wizyta na konsultacjach i na uczelni w ogóle, przeszperanie asortymentu tysiąca sklepów w poszukiwaniu serduszkowej foremki do ciastek / kubka, czy czegokolwiek w tym stylu, entuzjastyczne zakupy z W, wspólne picie pyyysznej kawy.
Popołudnie - zabawa w masę solna na masową ( :D ) skalę, wycinanie pięćdziesięciu jeden serduszek ze wspominanej masy, gotowanie i sprowadzanie ogólnej zagłady na moją kuchnię.
A teraz, wieczorem jestem zmuszona zabrać się za naukę, za pisanie pracy, bo za tydzień muszę oddać wyszlifowany, piękny i mądry pierwszy rozdział. Eh, eh.
Był plan na pieczenie ciasta i sprzątanie mieszkania, ale to chyba już dzisiaj się nie zmieści.
Lubie takie soboty.
Czekam z niecierpliwością aż wszystkie serduszka się wysuszą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz